Opowiadanie na ten tydzień…

Długie jest, 15 minut czytania, ale naprawdę warto…

Janusz A. Zajdel „Relacja z pierwszej ręki ”

Nie mam już żadnych wątpliwości co do dalszego rozwoju sytu­ acji. Mogę sobie dokładnie wyobrazić wszystko, co nastąpi. Nie mam też najmniejszych złudzeń, że ktokolwiek będzie mógł mi dopomóc wydobyć mnie z opresji, w którą dałem się wpędzić niejako dobrowolnie. Bo też sytuacja moja jest konsekwencją ograniczeń, które sam sobie nałożyłem. Mimo wszystko, nachodzi mnie czasem złudna myśl, że za chwilę ta rzeczywistość urwie się nagle, jak sen – i wrócę do prawdziwego świata, albo przynajmniej zacznę śnić zupełnie inny, nowy sen… Mógłbym teraz – sam przed sobą – przyznać, że nierozważnym było mieszanie się w sprawy zespołu, do którego nie należałem. Może nie należało wtrącać się do zagadnień i problemów, do których miałem stosunek wyłącznie uczuciowy pozbawiony odpowiedniego dystansu. Może nie wolno mi było zakłócać toku procesów, o których wiedziałem zbyt mało. Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego wmieszałem się w eksperyment mojego ojca? Zadecydowało chyba to, że całą sprawę znałem od początku, wzras­ tałem razem z nią, żyłem nią wespół z ojcem – chyba już wtedy, gdy on wszystko dopiero obmyślał. Żył wyłącznie swoją pracą. Zarażał mnie swym zapałem i entuzjazmem. Potrafił sprawić, że uwierzyłem bez zastrzeżeń w doniosłość i znaczenie jego przed­ sięwzięcia. Jednakże – inaczej niż ojciec i jego współpracownicy, ja zawsze widziałem siebie po tamtej stronie…

Teraz, unieruchomiony tutaj i pozbawiony kontaktu z Gabem (czuję w tym też rękę ojca), gdy sam nie jestem w stanie opuścić mojego więzienia, przedrzeć się przez tłum moich prześladowców, oddalić się w bezpieczne miejsce, teraz zdany jestem całkowicie na wolę i decyzję ojca. Ufam, że jego dobroć przeważy nad chwilowym gniewem, słusznym z jego punktu widzenia. Zadaję sobie jednak pytanie, jak dalece uda mu się wytrwać w decyzji doświad­ czenia mnie tym wszystkim, co według wszelkiego praw­ dopodobieństwa może mnie tutaj spotkać. Znając moje motywacje, ojciec nie może nie zdawać sobie sprawy, że czyny moje wynikają z najlepszych cech mojej osobowości; cech, które sam mi przekazał. Może choć na chwilę potrafi stłumić w sobie ową konsekwentną, chłodną naturę eksperymentatora i spróbuje wniknąć w mój sposób myślenia, przecież i jemu nie obcy, choć zepchnięty gdzieś na margines świadomości. Wierzę, że nie jest pozbawiony zdolności innego spojrzenia na sytuację, którą stworzył i na uwikłane w nią byty, a wśród nich – i własnego syna. Może właśnie moja tu obec­ ność będzie impulsem do zrewidowania jego stosunku do tych, pośród których się znalazłem…
Mam teraz dość czasu i wystarczającą jasność myśli, by uporządkować cały łańcuch przyczyn i skutków, którego kolejnym ogniwem jest dzisiejsza noc. Zdarzenia poprzedzające rozpoczęcie całego przedsięwzięcia ojca znane mi są wyłącznie z relacji tych, którzy brali w nich udział. Kulisy sprawy znam w naświetleniu tak wielostronnym, że mogę mój pogląd uważać za dostatecznie obiekty­ wny. Rozmawiałem nawet z Lutzem (czego ojciec, gdyby o tym wiedział, pewnie by mi nie wybaczył). Wiodłem także długie, szczere rozmowy z tymi współpracownikami ojca, którzy pozostali z nim po pamiętnym rozłamie, poprzedzonym burzliwym zebraniem ze­ społu. Wtedy to Lutz zarzucił ojcu apodyktyczny stosunek do młodszych współpracowników, wywlókł jakieś zadawnione sprawy i rozgniewał go do ostatecznych granic. Wszyscy prawie zdawali so­ bie sprawę z pobudek Lutza. Wiadomo było, że chodzi mu młodych. Był nieoficjalnie wprawdzie, lecz faktycznie, zastępcą ojca i jego prawą ręką. Wiedział jednakże, iż nigdy go nie przewyższy, ani też mu nie dorówna. Tej świadomości nie potrafił znieść. Udało mu się zdobyć poparcie tych, którzy w różnych sytuacjach poznali twardy i trudny czasem charakter ojca jako szefa. Ut­ worzył odrębny zespół, który, jak się wnet okazało, nie potrafił przeciwstawić niczego konstruktywnego pierwotnym koncepcjom. Wydawało się, że jedynym programem Lutza i jego zwolenników jest zwalczanie zamysłów ojca, kaperowanie jego współpracowników oraz – stwierdzone wielokrotnie – próby sabotowania jego przed­ sięwzięć.

Ideą mojego ojca było stworzenie Modelu, który stanowiłby potwierdzenie jego spekulatywnych koncepcji i wniosków. Chciał przekonać samego siebie, że ma rację w swych wywodach. Potem, gdy Lutz jawnie zaatakował podstawy teorii, sprawa nabrała znaczenia prestiżowego.

Chodziło – mówiąc w uproszczeniu – o odpowiedź na pytanie: czy może funkcjonować Zbiorowość Idealna, złożona z elementów podporządkowanych pewnym ograniczeniom – a więc skończonych i uwarunkowanych – a równocześnie wyposażonych w pewną ilość stopni swobody, w wirtualną możliwość dokonywania wyboru, Elementy owej zbiorowości miały oczywiście posiadać pewien stopień samoświado­ mości i podlegać regułom homeostazy zarówno w aspekcie indywidu­ alnym, jak z punktu widzenia całości. Model funkcjonował doskonale, w sferze rozważań teoretycznych. Jego realizacja, po­ zornie prosta choć pracochłonna, okazała się przedsięwzięciem niezwykle złożonym i trudnym. Pierwszą rzeczą, którą należało zrobić, było stworzenie prototypu pojedynczego elementu.

Ojciec nie był nigdy sprawnym eksperymentatorem – realizację swoich pomysłów powierzał zazwyczaj asystentom, ograniczając się do ogólnego nadzoru. Tym razem jednak postanowił przekonać wszys­ tkich, a zwłaszcza siebie samego, że potrafi zrobić to zupełnie samodzielnie. Pamiętam chwilę, kiedy – odpoczywając po trudach kilku poprzednich dni – powiedział do mnie z uśmiechem satys­ fakcji:

– Gotowe, synku. Zrobiłem wszystko, uruchomiłem i, co naj­ dziwniejsze, działał.

To był dopiero pierwszy krok, ale jakże doniosły, zarówno pod względem technicznym, jak psychologicznym. Nie było w tym mo­ mencie ważne, że zrealizowana część przedsięwzięcia była kropelką w ocenie tego, .co pozostało do zrobienia.

– Mój śliczny modelik działa, funkcjonuje świetnie – cieszył się ojciec. – Dałem mu sporą przestrzeń, wyposażyłem w trzy wy- miary, określiłem dość rygorystycznie kierunek i tempo zdarzeń… Ale to są praktycznie wszystkie ograniczenia, jakie mu narzuci­ łem. Ograniczenia konieczne, ze względu na laboratoryjny charak- ter eksperymentu. Myślę, że z metodologicznego punktu widzenia takie ograniczenia czaso-przestrzenne nie powinny wpływać na sto- pień ogólności wniosków.

Dowiedziałem się, że ojciec osobiście spreparował model ele­ mentu – jedynego na razie w tym wycinkowym modelu – wyposażając ów element w cechy analogiczne do swoich własnych – o tyle oczy­ wiście, o ile pozwalały na to przyjęte wymiary i ograniczenia. Umiałem wówczas – jak i teraz zresztą – zrozumieć i wybaczyć mu tę maleńką słabość, tę chęć włożenia cząstki swej istoty w pier­ wszy element swego zamierzonego dzieła.

To jednakże jak rzekłem, był dopiero początek początków. Model był zaledwie maleńkim poligonem pozwalającym prześledzić funkcjonowanie pojedynczego elementu, wyizolowanego ze zbiorowości, której miał być składnikiem. Skrupulatnie obser­ wowany, „element A” egzystować w ramach ograniczonego modelu zamkniętego, mieszczącego się na stole laboratorium ojca. Po­ zostawiono mu pełną swobodę działania, nie ingerując i nie ko­ rygując jego poczynań. Ochłonąwszy z pierwszej euforii, ojciec stanął wobec problemu: co robić dalej? Czy powielić ten model w odpowiedniej ilości egzemplarzy? Takie wyjście z sytuacji byłoby trywialne z punktu widzenia metodologii i spotkałoby się z naty­ chmiastową krytyką, podważającą sensowność całego eksperymentu. Zbiorowość, którą zamierzał stworzyć, nie mogła przecież składać się z samych identycznych kopii. Model taki działałby oczywiście, jak maszyna. Ostateczny efekt dałoby się wydedukować z właści­ wości jednostkowego elementu. A te właściwości były wynikiem założeń poczynionych przez ojca. W ten sposób koło się zamykało i każdy krytyk mógłby słusznie twierdzić, że Model jest mechanizmem zdeterminowanym już w stadium projektu, a więc nie dowodzi żadnej z tez ojca, a jedynie świadczy o sprawności wykonawcy… Było jasne, że ta droga prowadzi do nikąd. Zarówno ojciec, jak i jego współpracownicy, zdawali sobie z tego sprawę. Nim jednak podjęto decyzję co do sposobu powielenia elementów, poddano element „A” pewnej próbie.

Trzeba tu wyjaśnić, że dotychczas w żaden sposób nie ograniczano elementu „A” w jego świadomości własnego istnienia: wiedział on, że jest tworem ojca i mógł – dzięki dodatkowej aparaturze – kontaktować się z nim i jego asystentami, za pomocą swych ograniczonych środków percepcji. A ponieważ, jak wspom­ niałem, ojciec skonstruować element „A” na zasadzie rzutowania swoich własnych cech na ograniczoną czaso-przestrzeń modelu, więc dla elementu „A” każdy z pracowników laboratorium jawił się jako byt sprowadzony do jego wymiarów i wyglądem przypominający jego samego.

Próba, jakiej poddano element „A”, polegała na wprowadzeniu dodatkowego ograniczenia jego swobody. Ograniczenie to zresztą narzucało się samo i byłoby źle, gdyby go nie wprowadzono: z niewiadomych przyczyn, chyba przez omyłkę, w obrębie modelu umieszczono początkowo końcówkę systemu informacyjnego. Element „A” – mógłby nauczyć się (a przy możliwościach, w jakie wyposażył go ojciec, było to zupełnie realne) korzystać z tego źródła in­ formacji o wszystkim… A przecież informacje te przerastały możliwość pojmowania tak zredukowanego i ograniczonego tworu, jakim był.,. Tak więc, wykorzystano obecność owej końcówki w mod­ elu i zamiast ją po prostu usunąć lub odłączyć, zakazano elemen­ towi „A” dotykania tego urządzenia.

Element „A” – prototyp członka idealnej społeczności, jaką stanowić miał docelowy Model – wykonany został z niezwykłą starannością. Dzięki własnościom autorenowacji, był praktycznie niezniszczalny, mimo obowiązującego w modelu laboratoryjnym kierunku zmian entropii. Niezniszczalność elementów była konsek­ wencją pierwotnych założeń: wydawało się bowiem, że elementy będą produkowane sukcesywnie, a następnie umieszczane w Modelu. Prak­ tyka wykazała, że tak proste rozwiązanie nie da się zastosować. Na razie jednak trudno było przewidzieć dalsze losy eksperymentu. Trzeba przyznać, że ograniczenie, nałożone w formie zakazu na e­ lement „A”, nie spowodowało żadnego zakłócenia. Zachęcony wynika- mi obserwacji, ojciec postanowił posunąć się o krok naprzód. Pew- nego dnia wrócił z laboratorium i powiedział:

– Klamka zapadła. Postanowiliśmy, że będą się same repro­ dukowały!

– Jak? – zainteresowałem się – wegetatywnie?

– Nie. Generatywnie. Zdecydowaliśmy się na system dwupłciowy. Wprowadziłem drobną korektę w konstrukcji elementu „A”, wykorzystując częściowo już istniejące podzespoły, żeby on sam nie zauważył żadnych zewnętrznych zmian. Poza tym, zrobiłem element, „E”, nieco innej budowy. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, wkrótce będziemy mieli mnóstwo nowych elementów.

– Myślisz, że wystarczy im ta ograniczona przestrzeń modelu laboratoryjnego? – zdziwiłem się.

– Zobaczymy. Może uda się przenieść wszystko na obszer­ niejszy poligon doświadczalny. Zanim będzie ich dość, zdążymy zbudować nasz docelowy Model i tam ich przeniesiemy.

– Nie podoba mi się to, ojcze… – powiedziałem po namyśle. – Nie puszczałbym w ruch produkcji elementów, dopóki nie ma dla nich odpowiedniego Modelu. Poligon będzie zawsze prowizorką. Wiesz, jak długo potrafią trwać prowizoryczne sytuacje. A to są przecież obiekty posiadające jakąś tam psychikę i świadomość. Będą się męczyć. Tak chyba nie można!

Była to, pierwsza jaką pamiętam, moja próba ujęcia się za tymi nieszczęsnymi tworami ojca. Wtedy chyba jeszcze nie przy­ wiązywał wagi do moich obiekcji, a ja nie byłem tak zaangażowany w tę sprawę.

Potem wypadki potoczyły się zupełnie inaczej, niż było planowane. Model Laboratoryjny – mała stosunkowo przestrzeń, przystosowana doskonale dla istnienia w niej, dwóch już teraz, elementów, funkcjonował przez pewien czas bez zakłóceń. I oto, pewnego, dnia, kontrolny komputer śledzący ruchy elementów, za­ alarmował ojca, że naruszony został jedyny jak dotąd – zakaz obowiązujący oba elementy…

Ojciec interweniował natychmiast. I tu stała się rzecz, która wstrząsnęła nim dogłębnie: element „A”, indagowany o zajście, zaczął kłamać. Przyparty do muru; wyjaśnił wreszcie, że to element „E” dokonał naruszenia zakazu. Ten z kolei zaczął tłumaczyć się dość niejasno i wykrętnie, co ojciec również poczy­ tał za kłamstwo. Pod wrażeniem oczywistych przekłamań elementu „A” gotów by! uwierzyć, że owa nieplanowana cecha, jakże niepożądana w zespole cech doskonałych elementów, właściwa jest ich psychicznej strukturze. To stawiało pod znakiem zapytania plany ojca. W odruchu gniewu nakazał Gabowi przyspieszenie prze­ niesienia obu elementów na niewykończony jeszcze i kiepsko przys­ tosowany poligon. Nie sądzę, by już wówczas miał koncepcję dal­ szego postępowania. Po prostu, zdenerwował się zawodem, jaki sprawiły mu jego wypieszczone elementy i potraktował swą decyzję jako coś w rodzaju kary.

Cóż było robić? W takich sytuacjach nikt nie śmiał przeciw­ stawiać się szefowi. Gab wziął skalpel i pensetę, przeciął błonę izolującą wnętrze modelu laboratoryjnego i wydobył oba przerażone elementy, a następnie wywiózł je w pojemniku i umieścił na niezupełnie jeszcze gotowym poligonie. Dopiero później, na ogólnej naradzie zespołu, ustalono dalszy tok postępowania.

Nawiasem mówiąc, jak okazało się o wiele, wiele później, e­ lement „E” nie kłamał. Po dokładnym przejrzeniu wnętrza modelu laboratoryjnego okazało się, że w pobliżu końcówki systemu infor­ macyjnego zakazanego elementom, ktoś wprowadził cienki kabel za­ kończony mikrotelefonem. Tą drogą ktoś wprowadził fałszywą infor­ mację i nakłonił element „E” do naruszenia zakazu. Łatwo się było domyśleć, że maczał w tym palce Lutz…

Poligon był pomyślany z rozmachem, lecz – normalną koleją rzeczy – jego budowę zaczęto od organizowania obrzeża, a dopiero na końcu zajęto się urządzaniem i wyposażeniem terenu działania dla elementów. Prawdę mówiąc, do chwili obecnej (licząc według strzałki czasu obowiązującej na Poligonie) jest on ciągle w stanie organizacji i zmian. Wtedy jednakże, gdy osadzono na nim dwa pierwsze egzemplarze, zupełnie nie nadawał się do ich użytku. Tylko dzięki temu, że ojciec wyposażył elementy w bardzo rozwi­ nięty układ homeostatyczny, zdołały one przetrwać i przystosować się do nowych warunków. Trzeba tu dodać, że poligon nie był wyposażony w układy, które zapewniały samorenowację elementów w modelu laboratoryjnym. Nim je zainstalowano, powstały nowe kon­ cepcje i zaniechano tego systemu.

Według nowego planu, wszystko miało odtąd przebiegać zupełnie inaczej. Stało się oczywiste, że jednostki, które za­ siedlą Model, nie mogą być ani seryjnymi produktami powielania prototypu, ani – branymi bez selekcji – owocami żywiołowej repro­ dukcji. Przyjęto koncepcję pośrednią. Jej ostateczny kształt może się wydawać wielce wyrafinowany, ale trzeba pamiętać, że jest on owocem wielu narad i dyskusji.

Z chwilą przeniesienia na poligon pierwszej pary elementów, odebrano im cechę niezniszczalności struktury fizycznej. Poz­ wolono im reprodukować się dowolnie, a po zużyciu się danego ele­ mentu, przypisywano cały zespół jego cech do komórki pamięci w systemie informacyjnym. Na podstawie tego zapisu można w każdym czasie odtworzyć każdy z elementów, jakie kiedykolwiek powstały na poligonie wraz z jego cechami fizycznymi i psychicznymi jakie posiadał w okresie materialnego istnienia.

Tak więc, elementy mnożyły się, istniały w społeczności so­ bie podobnych, kształtując w sobie cechy na ogół różne u różnych egzemplarzy, a potem ulegały fizycznej likwidacji, pozostawiając tylko w formie pełnego zapisu.

Ojciec stwierdził, że przypadek tym razem dopomógł mu w wyborze odpowiedniej koncepcji. Okazało się bowiem, że ten tryb kształtowania elementów, z szerokim, statystycznym rozrzutem cech psychicznych, najbardziej odpowiada celowi, któremu mają ostate­ cznie służyć.

– Co zamierzasz zrobić dalej? – spytałem ojca.

– Niech się na razie mnożą. Gdy będzie ich dostatecznie dużo, zarejestrowanych w systemie informacyjnym, przeprowadzimy selekcję. To najprostsza metoda: zamiast sterować precyzyjnie cechami każdego z nich, dajmy im kształtować się żywiołowo. Przy okazji, uzyskujemy niezmiernie ciekawy model dynamiczny, wielce niedoskonały, lecz pouczający model Zbiorowości elementów. Jego obserwacja pozwoli nam na uniknięcie błędów przy tworzeniu Modelu Doskonałego.

– Rozumiem – powiedziałem – Zamierzasz później przeprowadzić selekcję zapisanych struktur psychicznych, i te, które będą odpo- wiadały warunkom, zmieszczą się w dopuszczalnym przedziale dosko- nałości – odtworzysz fizycznie w postaciach niezniszczalnych i u- mieścisz w swoim wymarzonym Modelu?

– Tak. Nie będą szablonowi, każdy będzie indywidualnością, a równocześnie odrzuci się tych, którzy wystają poza nasze wymogi.

– I co z nimi zrobicie?

Ojciec spojrzał na mnie ze zdziwieniem, jakby nie rozumie sensu pytania.

– Co zrobicie ze strukturami psychicznymi, powołanymi do istnienia, a nie spełniającymi waszych wymogów?

– To oczywiste. Pójdą do kasacji — powiedział beznamiętnie. – Przecież nie możemy zajmować nimi komórek pamięciowych systemu informacyjnego… Ani też, tym bardziej, odtwarzać ich material­ nie. Chyba, że… chcesz zrobić konkurencyjny Model Absolutnie Antydoskonały? – zażartował w końcu.

Znów nie umiałem się z tym pogodzić. Dla mnie, nie zaan­ gażowanego w techniczną stronę doświadczenia, obce było owo chłodne spojrzenie, ta łatwość konstrukcji i destrukcji bytów, które – w moim rozumieniu i odczuciu, były – ubogim wprawdzie i ograniczonym, lecz jednak odbiciem mnie samego… Ale i teraz oj­ ciec nie spostrzegł jeszcze i nie docenił znaczenia moich niepokojów.

Poligon działał zgodnie z planami ojca. Elementy mnożyły się, przystosowywały się do warunków, zaczynały same kształtować swe otoczenie. Niestety, idylla nie trwała długo. Pobieżna anali­ za struktur zapisanych w systemie informacyjnym wykazała, że od- setek egzemplarzy, które spełniają warunki, jest znikomy. Pozos- tałe były zupełnie do niczego. Po prostu, nałożenie się cech po- czątkowych, oddziaływań środowiska Poligonu i oddziaływań wzajem­ nych, dało niemożliwy do przewidzenia wynik negatywny.

Pewnego dnia ze zgrozą ujrzałem Gaba z wężem pożarowym w dłoniach, stojącego nad Poligonem i zlewającego jego przestrzeń silnymi strumieniami wody. Podbiegłem do niego przerażony. Poligon spływał wodą, wraz ze wszystkim, co stworzyły hodowane na nim pokolenia elementów.

– Co robisz? – zawołałem.

– Twój ojciec kazał… – powiedział Gab ze smutkiem – nie było innego wyjścia. Zdegenerowały się zupełnie. Trzeba zacząć od początku…

– Zniszczyliście wszystkie?

– Nie rozpaczaj – powiedział z bladym uśmiechem. – Zanim spłukałem poligon, ojciec przepisał wszystkie do pamięci, żeby później przebadać je i znaleźć przyczynę błędu. A tam, o, po­ patrz! Tam znajdują się ci, od których ma się wszystko rozpocząć od nowa…

Wskazał na maleńką łupinę, kołyszącą się na szalejących wirach wody.

– W ostatniej chwili uprzedził jeden z Elementów i dał mu odpowiednie instrukcje…

– Kto? Ojciec?

– Tak, Szef.

– Dlaczego?

– Nie wiem – Gab opuścił wzrok. – Powiedział, że nie chce mu się konstruować nowej pary prototypów. Wybrał i oszczędził naj­ lepsze, na które wskazał komputer po dokonaniu analizy. Ale ja sądzę…

– Tak?

– Tak myślę – ciągnął Gab z wahaniem – że szef po prostu… zbyt się do nich przywiązał, by je wszystkie zniszczyć… To tak, jakby zniszczył cząstkę siebie. Więc choć symbolicznie, chce za­ chować ciągłość eksperymentu…

Nic nie odpowiedziałem, ale poczułem się jakby jeszcze bardziej dumny z ojca, i jeszcze bardziej kochałem go odtąd. To było coś czego spodziewałem się po nim od dawna. To była za­ powiedź mojego zwycięstwa nad jego chłodną oschłością wobec psy­ chicznych przedmiotów, które – z nie wytłumaczonych przyczyn, były mi coraz bliższe. Dlaczego? Wielekroć zadawałem sobie to py­ tanie. Może dlatego, że były dziełem ojca, którego kocham? Dlat­ ego, że były jego częściowym odwzorowaniem, o czym on sam jakby zapomniał? Daleki od świadomego zarzucania niekonsekwencji mojemu ojcu, lecz chciałem jakby zlać się z nim w jedno, i moją wrażli­ wością uzupełnić tę pustą (czy może celowo opróżnioną), chłodną przestrzeń w jego osobowości…

Zgodnie z wolą ojca, hodowla elementów rozpoczęła się na nowo, od szczepu ocalonego egzemplarza, nazwanego umownie Ne­ storem Odnowy Elementów. Trudno byłoby opisać w całości dalsze losy Poligonu. Ich dokumentacja historyczna zajmuje dwadzieścia parę bloków pamięci systemu informacyjnego. Istotne jest to, że ojciec postanowił zaniechać metod totalnych i nigdy już nie doświadczał Poligonu skutkami swego porywczego gniewu. Nie oz­ nacza to jednakże, by kłopoty skończyły się raz na zawsze. Ele­ menty mnożyły się nieustannie, lecz odsetek przydatnych był wciąż niezadowalający. Rósł rejestr zapisanych struktur dla końcowej selekcji; lecz widać już było, że niewiele da się z tego wybrać.

W zespole ojca pojawiły się różne koncepcje naprawy sytu­ acji. Wielokrotnie próbowano wprowadzić poprawki do pojedynczych egzemplarzy, a nawet programować je specjalnie, by stały się narzędziami eksperymentatorów, ulepszającymi inne elementy mode­ lu. Próbowano działać metodami Przykładu, Kar i Nagród, Zastra- szenia i Obietnic… Wszystko to działo się na krótko i dawało bardzo wątpliwe rezultaty.

– Widzę już, – powiedział kiedyś ojciec, przeglądając wyciąg statystyczny z komórek zawierających zapisy wszystkich wyhodowanych dotąd elementów – że choćbyśmy ciągnęli tę sprawę nie wiadomo jak długo, i tak nie będzie lepiej. Bardzo wiele ele­ mentów jest tu wpisanych, lecz niewiele będzie wybranych do Mode­ lu… Całą resztę trzeba będzie unicestwić.

Przeszedł mnie chłodny dreszcz, gdy to usłyszałem. Nie wiem, dlaczego – ale odezwałem się wówczas, zupełnie impulsywnie, nie kontrolując własnych słów.

– Przecież to okrutne – powiedziałem, czując jak wzbiera we mnie rozżalenie i jakieś dziwne uczucie, które wahałbym się jeszcze wówczas nazwać… Ojciec spojrzał na mnie przelotnie.

– Nie ma innego wyjścia – powiedział, jakby się usprawiedli­ wiając.

– Czy nie sądzisz, że można by je… jakoś poprawić? Przyna­ jmniej niektóre, co niezbyt daleko odbiegają od normy? – powiedziałem.

– Można by, owszem. Tylko, że to narusza reguły eksperymen­ tu. Nie będę narażał się na zarzuty, że fabrykuję wyniki badań! – powiedział ojciec, wpadając w rozdrażnienie. – A w ogóle, to w imię czego miałbym je poprawiać? Złe ziarno należy odrzucić, odd­ zieliwszy od dobrego.

– Ojcze, czy ty ich zupełnie nie kochasz? Nawet tych złych? – wybuchnąłem nagle. – Żyjesz tylko nimi, od tak dawna, i po­ trafisz nie mieć do nich żadnego osobistego stosunku?

– Czy można ich kochać? – powiedział, łagodniejąc. – Czy wolno kochać laboratoryjne zwierzęta hodowane dla celów doświad­ czalnych? To nie jest miejsce na sentymenty.

– To nie są zwierzęta! Choć bardziej od zwierząt ograniczone czasoprzestrzennie, posiadają wszak osobowości psychiczne, płas­ kie wprawdzie, bo tylko w trzech wymiarach skończone ze względu na kierunek entropii w modelu, ale przecież…

Urwałem, bo zorientowałem się, że robię ojcu, wybitnemu specjaliście, wykład na podstawowe tematy.

– Ale ja ci udowodnię… – powiedziałem nagle, niespodziewanie dla samego siebie. – Ja ci wykażę, że ich można kochać… i trzeba! Nie wolno tak ich traktować. One czują, są świadome swego bytu…

Spojrzałem na ojca. Uśmiechnął się dziwnie, jakby wiedział lepiej ode mnie, co znaczą moje słowa.

– Nie gorączkuj się – powiedział. – Miałem ci właśnie powie- dzieć, że podjąłem jeszcze jedną próbę polepszenia sytuacji na Poligonie. Właśnie przygotowałem kilka warunków które zamierzam nałożyć na elementy. Ale nie będę, ich narzucał, ani kodował w ich strukturach. Podam je do ich wiadomości. Te które zaakceptują warunki i ukształtują zgodnie z nimi swoje struktury psychiczne, będą miały zapewnione miejsce w Modelu Doskonałej Zbiorowości…

Ojciec pokazał mi wykaz tych warunków. Zawierał dziesięć punktów.

– Jesteś formalistą, ojcze! – uśmiechnął się. – A cóż z ty­ mi, którym zdarzy się czasem nie dostosować do tych warunków?

– Mają szeroki margines swobody, a także świadomość skutków własnych decyzji…

– Nie, to jeszcze wciąż zbyt wygórowane warunki – powiedziałem. – Nie można stawiać ich w sytuacji z jednym tylko wyjściem.

– Co masz na myśli?

– Trzeba dać szansę każdemu z nich…

– Mają tę szansę, przez cały czas istnienia na Poligonie.

– Nie zapominaj, że są w swej istocie bardzo niedoskonałe i że ta ich niedoskonałość wynika z twoich założeń…

– Egzemplarz „A” był najdoskonalszy z możliwych. To on, nie sprawdziwszy się w próbie, uwarunkował sytuację następnych.

– Właśnie! – powiedziałem. – Trzeba wreszcie dać im szansę odcięcia się od tego błędu…

– Nie wiem, jak to sobie wyobrażasz… Może sam to potrafisz wprowadzić! – zniecierpliwił się ojciec.

– Może… – powiedziałem na wpół do siebie.

Ojciec przekazał swoje warunki elementom na Poligonie.

Jednakże – przez jakieś niedopatrzenie – nie zostały one rozpowszechnione wśród wszystkich elementów, i jedynie część z nich mogła się z nimi zapoznać. Te, które poznały warunki ojca, zaczęty uważać się za odrębny szczep, szczególnie uprzywilejowany i wyselekcjonowany. Nim fakty te zostały stwierdzone przez pra­ cowników ojca, było za późno, by to jakoś odkręcić.

Ojciec pokładał duże nadzieje w tej ostatniej próbie korekty sytuacji na Poligonie. Machnął ręką na elementy, do których nie dotarty jego warunki i sam, a posteriori, uwierzył jakby w to, że wybrał pewną grupę dla nich udoskonalenia…

Śledziłem wciąż skutki kolejnych posunięć ojca, by wreszcie nabrać pewności, że takimi drogami niewiele da się osiągnąć. Był tylko jeden sposób: przestać traktować elementy jako obiekty doświadczalne. W takim ujęciu, nie skrępowanym dyscypliną eksperymentu dostrzegało się problem, który od dawna nurtował mnie. Dostrzegało się, a równocześnie znajdowało jednoznaczną odpowiedź na pytanie, co można zrobić dla nich… Ale ojciec nie zamierzał robić niczego dla nich. Wszystko, co robił, lub za­ mierzał, uwzględniało co najwyżej ich użycie, zastosowanie. One same, każdy z osobna, nie były przedmiotem zainteresowania oj­ ca… Długo bolałem nad tym, ze nie potrafię obudzić w nim tych uczuć, które mnie nurtowały. Wreszcie, po długich rozmyślaniach i ostrożnych naradach z Gabem, powziąłem decyzję.

Przygotowania zajęły nam połowę urlopu ojca – a więc połowę czasu, który mieliśmy do dyspozycji. Gab byt przerażony moim pomysłem, ale udało mi się przekonać go, że muszę to zrobić. Gab miał zawsze słabość do mnie i nie potrafił mi niczego odmówić. W gruncie rzeczy, to on przygotował wszystko korzystając z moich wskazówek i swojej głębokiej wiedzy technicznej.

Idea pochodziła ode mnie, lecz na nim spoczywał ciężar do­ pracowania szczegółów. Dawno już przyszło mi to na myśl: jeśli w chwili likwidacji struktury fizycznej każdego z elementów na Poligonie następuje transmisja jego danych psychofizycznych bezpośrednio do pamięci systemu informacyjnego – to możliwa jest także transmisja w przeciwną stronę – z pamięci do struktury fizycznej. Gab upewnił mnie, że tak jest w istocie. Wymaga to je­ dynie pewnej ilości energii. W przypadku transmisji z likwid­ owanego elementu do pamięci, energia ta czerpana jest z materii tego elementu. Gdyby taki element umieścić na czułej wadze labo­ ratoryjnej, można by stwierdzić, że w momencie ustania jego funkcji egzystencjalnych, masa jego zmniejsza się nieznacznie lecz zauważalnie. W przypadku odwrotnym (według Gaba, były prowadzone takie próby wskrzeszania zlikwidowanego już elementu) energia pochodzi ze źródła zasilania systemu informacyjnego i ma­ terializuje się w strukturze fizycznej elementu ożywianego. Roz­ patrzyliśmy kilka możliwości wprowadzenia mnie do wnętrza poligonowego modelu. Ostrożny Gab chciał po prostu przepisać moją strukturę w komórki pamięci, a następnie wcielić jej trójwymi­ arową projekcję w niezniszczalną, specjalnie spreparowaną powłokę fizyczną. Odrzuciłem ten wariant. Chciałem być dokładnie taki, jak one. Chciałem być takim samym, jak wszystkie inne, elementem układu poligonowego, poddanym tym samym ograniczeniom i podległym tym samym prawom. Aby samo pojawienie się nie stanowiło istotnego zakłócenia na Poligonie, postanowiliśmy, że muszę pojawić się tam jak każdy inny element, a więc w formie niedojrzałej, stopniowo wzrastającej struktury fizycznej. Oczywiście, moja struktura psychiczna w całości i od początku miała być przetransponowana do owego elementu.

Gab podjął się przeprowadzić kreację mojej osoby. Znalazł odpowiednią parę elementów, których potomkiem miałem pozornie zostać, aby wszystko wyglądało normalnie. Mimo wszelkich os­ trożności i konspiracji, nie wiem jakim sposobem do naszej tajem­ nicy dobrał się Lutz i jego poplecznicy. Bo jakże inaczej można wyjaśnić poważne przecieki informacyjne, które wniknęły w model przed moim pojawieniem się na Poligonie? Oczywiście, Gab zorgani­ zował szereg transmisji informacji do różnych elementów, których udział był nam potrzebny w naszej operacji. Ale – niezależnie od tego – mnóstwo rzeczy zaczęto dziać się poza naszą kontrolą i już na samym wstępie miałbym poważne kłopoty, gdyby nie czujność Ga­ ba, który przez cały czas śledził sytuację i interweniował w porę. Jednym z wydarzeń, których źródła do dziś nie umiem sobie wyjaśnić, było nagłe pojawienie się w przestrzeni Poligonu niezi­ dentyfikowanego obiektu świecącego. Obiekt ten, widoczny przez pewien czas nad miejscem, gdzie wniknąłem w przestrzeń modelu, ściągnął mi na kark między innymi trzy ciekawskie elementy, w tamtejszej hierarchii wysoko postawione, które następnie wypaplały o moim przybyciu innemu również tam wpływowemu. Wynikiem tego była próba zlikwidowania mnie; z której wyszedłem cało tylko dzięki czujności Gaba.

Nie sposób opisać wrażenia, jakiego doznałem w momencie przeniesienia się w ograniczoną do trzech wymiarów przestrzeń, w której w dodatku upływ czasu ma tylko jeden zdeterminowany kierunek. Można by to porównać do wejścia jako jedna z postaci – na ekran filmowy. Czułem się niesiony przez strumień czasu, okaleczony z pozostałych wymiarów i, stopni swobody… Jakże słusznym było wprowadzenie mnie tutaj w postaci niedojrzałego; młodego elementu. Moja psychika miała dość czasu, by dostosować się do tych warunków. Dzięki temu nie popełniłem błędów w późniejszym okresie. Dopiero ta bolesna determinacja, to ociosanie mnie i wpasowanie w płaskość Poligonu pozwoliły mi w pełni wczuć się .w. sytuację elementów, które mój ojciec, nie wgłębiając się w roztrząsanie tej sprawy, traktował tak bezpar­ donowo. Teraz zrozumiałem je wszystkie, bez wyjątku: te „dobre” i te „złe”, według ojcowskiej nomenklatury; te proste w swej psy­ chice i te, których wysublimowana (na tutejszą skalę) struktura psychiczna niepokojona była tysiącem pytań i problemów…

Byłem z nimi długo – wystarczająco długo, by poczuć się jed­ nym z nich. Trwałem ich trwaniem, egzystowałem ich egzystencją. Kochałem – wszystkie, jako zbiorowość, i każdego z osobna. Zwłaszcza te, które z ufnością pomagały mi w naprawianiu błędów, których nie mogły naprawić chłodne umysły Ojca i jego asystentów. Nie wiem, na ile działania moje odniosą skutek tu na miejscu. Czy poprawi się prowadzona przez ojca statystyka? Ale nie o to prze­ cież głównie mi chodziło, gdy decydowałem się wnikać w środek poligonowego modelu. Ufam, iż teraz – niezależnie od tego, co się dalej stanie – przekonam ojca że mój stosunek do stworzonych przez niego elementów nie był wynikiem zwykłej czułostkowej egzaltacji. Jeśli zacznie myśleć o nich choćby tak jak ja, zanim tu się znalazłem – mój cel będzie osiągnięty. Może dobrze się stało, że tak potoczyły się moje losy tutaj, na Poligonie. Teraz, gdy uwięziony i osądzony, oczekuję na swój los, staję niejako oko w oko z ojcem. On tam, przez swoje przyrządy obserwujący swe dzieło, i ja, tutaj, po drugiej stronie, uwikłany w to dzieło na równi z innymi, których on do istnienia powołał, lecz którym nie chciał przyznać prawa do owej tak potrzebnej im pobłażliwości i łagodności, zapatrzony w swój daleki, nadrzędny cel.

Umiem sobie – w przybliżeniu – wyobrazić stan jego umysłu teraz, gdy jest już w laboratorium i wie o wszystkim. Kiedy w chwili słabości (której się nie wstydzę, bo jest ona nieodłączną cechą bytów, do których teraz należę) wzywam go by przemówił – on milczał. Wiem że tylko on jeden ma teraz w dłoni klucz do uruchamiania transmitera i od niego zależy, w którym momencie go użyje. Czuję, że będzie zwlekał do ostatniego momentu. Podjął tę rozgrywkę ze mną. Ale to dobrze. Niech tak będzie, jak on zechce. To będzie właśnie moja wygrana. Jeśli potrafię wytrwać do końca przekonam go. Nie zawołam go więcej, dopóki… dopóki zdołam znieść mój los, który sam wybrałem.

Żal mi tych elementów, które były moimi towarzyszami do końca. Wiem, że zwątpią, przerażą się umkną. Muszę, gdy będę już poza tym układem, zrobić coś dla nich. Wtedy będę mógł działać w jedności z ojcem, którego przecież na pewno przekonam, że trzeba i że warto przyjść im z pomocą, okazać trochę serca, trochę uczu­ cia. Wierzę, że za moją sprawą, – przynajmniej niektóre z nich, nadające się do skorygowania, uratuję od statecznego zatracenia. Tych, które odbiegają zbyt daleko od założonych przez ojca wyma­ gań, nic nie uchroni od unicestwienia… Co dałem im, wcielając się w kształt im podobny, przybierając ich postać, istniejąc wśród nich? Dałem im trochę nadziei, trochę obietnic na kredyt, którego pokrycie mam nadzieję wyjednać u ojca przez to, że ode­ gram do końca swą rolę, którą sam sobie wybrałem…

Cóż więcej? Uczyłem je, jakimi mają być, aby nie zostały odrzucone w Ostatecznej Selekcji; aby uratować swe osobowości od likwidacji, osiągając miejsce w doskonałym Modelu ojca… Jednemu z nich powierzyłem – jako tajemnicę do czasu póki tu jestem – plan zakończenia eksperymentu i likwidacji Poligonu. Czy zrozu­ miał? Czy potrafi przekazać to innym? Może dotrze to do nich choć na tyle, że nie ogarnie ich strach i trwoga, lecz radość i nadzieja, gdy Gab, Mikael i inni asystenci ojca przystąpią do dzieła z całą swą hałaśliwą aparaturą… (Muszę tu wyjaśnić, że program tego etapu doświadczenia wyszperałem w sejfie ojca, w teczce oznaczonej skrótem „Apoc” i sam, nie będąc fachowcem, nie wszystko z tego rozumiem). Wrócę tu jeszcze, jak im obiecałem. Gab przygotował mi już wcześniej nową, niezniszczalną powłokę. Przekonam ojca i wrócę, by im to zakomunikować.

Czy wszystko to przyda się na coś? Czy staną się bliższe normom założonym w eksperymencie ojca?

Jest mi zimno. Odczuwam strach, tak samo, jak one. Czuję ból dzisiejszych tortur.

Wiem, że to dopiero początek. Wiem, że wybrały już miejsce i sposób. Świta. Widzę prostokąt błękitu na wprost twarzy. Słyszę gwar głosów.

Tak, to one. Idą tutaj. Nie ma wśród nich tego, który mnie wydał. Współczuję mu i wybaczam. Wybaczam im wszystkim – to, co się stało i to, co się dokona.

Widzę ich. Widzę, co niosą: narzędzia, które znam tak dobrze – wszak posługiwałem się nimi tylekroć. Na moich dłoniach wyczuć można jeszcze zgrubienia od ich uchwytów. Widzę dwie ociosane belki różnej długości… Zbyt długo żyłem tutaj by nie być świadomym celu, jakiemu posłużą…

Reklamy
Published in: on 07/04/2009 at 10:53  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: https://banetka.wordpress.com/2009/04/07/opowiadanie-na-ten-tydzien/trackback/

RSS feed for comments on this post.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: